Francja czyli Bretania i Normandia

Maj lubi być ciepły. Ale takiego maja nie powstydziły by się miesiące letnie . No to ruszamy na majówkę. Normalnie to piwko , kiełbaski i muzyka ale co tam troch kultury nie zaszkodzi. Udajemy się do Francji wzdłuż wybrzeża Normandii i Bretanii. Trasa przygotowana na zasadzie coś dla ciała coś dla ducha. Prawie 600 km do pierwszej atrakcji .Może słowo atrakcja nie jest odpowiednim słowem. Jedziemy na spotkanie z wielkim nazwiskiem i jego przytulnym miejscu twórczości czyli  ogrody Moneta w Givernie .Totalna sielanka , po drodze małe miejscowości , częściej wsie czy nieliczne zabudowania wzdłuż drogi .Mimo skąpej liczby oznaczeń trochę błądzenia no i jest parking . Jeszcze poza miejscowością . Po ilości miejsc parkingowych (widać że turystyka odgrywa tu dużą rolę ) jest przygotowane na naprawdę liczną ilość turystów.  Od parkingu idziemy już teraz dobrze oznaczoną drogą 10 min i stajemy przy kasie a raczej 20 minutowej kolejce do kasy .   Ok 500 000 tyś. rocznie odwiedzających to miejsce mówi samo za siebie ale… hmmm nie jestem koneserem malarstwa dlatego jest tak bardzo dużo Azjatów ”chinczyków” .W prawiła mnie to w duże zdziwienie 😲 No i te ich próby zrobienia zdjęć prawie każdego kwiatka lub innej zielonki. No ale sam zachowałem się jak ignorant sztuki bo patrząc z prespektywy czasu większość zdjęć to… nie obrazy. Niestety. Nas zachwycił dom i ogród z którego emanowała harmonia , spokój , sam nie wiem co .Nie jestem romantykiem czy człowiekiem o wielkiej wrażliwości a przynajmniej tak o sobie myślę ,ale w tym domu poczułem się tak jakbym odwiedził jakąś znaną mi odległą , ale rodzinę . W domu Claude’a Moneta ludzie poruszali się , a było ich naprawę wielu , z lekkim wyczuwalnym pośpiechu trochę jak goście będący w krótkiej wizycie u dobrego znajomego. Nie było sztucznej atmosfery towarzyszącej wizytom w muzeum , przesadnej ciszy czy echa pustej sali . Zobaczyliśmy prawdziwą cząstkę życia malarza , jego pracy , a to naprawdę coś . Na temat malarza znajdziecie masę informacji więc powiem tylko że wbrew utartym stereotypami jako by artyści zazwyczaj umierali w biedzie i zapomnieniu , udało mu się zaistnieć jeszcze za życia oraz całkiem nieźle żyć , mimo że borykał się z wieloma problemami i przeciwnościami losu . Z całego dorobku w Polsce można zobaczyć tylko jeden obraz „Plaża w Pourville „znajdujący się w Muzeum Narodowe w Poznaniu. Ogrody to idealne miejsce dla odskoczni od czasu współczesnego oraz przemyśleń .Ogrody polecam po obejrzeniu domu. Koniecznie w tej kolejności.

Najbliższy kolejny wyznaczony cel leży w odległości tylko 150 km Ruszamy na pole namiotowe w  w Étretat  .Dlaczego tam ? Dla mnie to morze i góry zawsze grały pierwsze skrzypce . Jako że maj nigdy nie sprzyja morskim kąpielom to i tak po cichu liczyłem że może będzie wystarczająco ciepło by zamoczyć się trochę albo co najmniej wygrzać na piasku. Ale nie dane to nam było . Spójrzcie.

Wpadamy na camping dość późno .Mały z dość dużą wolnych miejsc i dużymi miejscami pod namiot i samochód . Bierzemy rowery żeby zdążyć jeszcze przed zachodem słońca. Do plaży ok 2-3 km więc nie ma daleko . Widok przepiękny ale jest późno , jesteśmy zmęczeni i niestety zaczyna padać deszcz. No cóż trzeba poczekać do rana. Powoli dociera do mnie że to nie tylko plażowanie i kąpiel przyciąga tak wielu ludzi. Piękne wysokie klify , urokliwe miasteczko , liczne ścieżki wzdłuż wybrzeża, parę zabytków i świadomość jak wielu artystów tu szukało inspiracji a teraz liczni foto łowcy .

Rano budzi nas śpiew ptaków oraz zimno . Poranek okazał się bardzo rześki z dużą ilością rosy a może w to nocy popadało .Co robić jak człowiek się trzęsie z zimna , namiot jest mokry wieje i się chmurzy. W dniu poprzednim nie było za wiele czasu na odpoczynek z drugiej strony planowaliśmy tylko jeden nocleg w tej miejscowości a pole trzeba opuścić do 11 godziny. Podejmujemy decyzję że namiot będziemy suszyć w aucie po drodze . Jemy śniadanie pakujemy wszystko stawiamy auto na parkingu i lecimy na klify. I zdradzę od razu że żal było wyjeżdżać z tej bardzo urokliwej miejscowości po tak krótkim pobycie. Na pocieszenie powiem że z psiego poranku wykluła się całkiem przyjemna pogoda.

Pomyślcie jak musi smakować mleko od krowy pasącej sie na tak wspaniałych pastwiskach no a mięskoo . Wracamy do miejscowości tak urokliwej wieczorem a, w w blasku dnia urzekająca  klifami nawet ponad 70m . Miasteczko było bardzo zniszczone w czasie II wojny światowej . I pomyśleć że udało się przewrócić niesamowity charakter tego miejsca   . Jestem świadom że będąc tak krótko nie da się naprawdę  wykorzystać wszystkich  możliwości aktywnego wypoczynku .Parę godzin mija w tempie co najmniej expresu i trzeba ruszać dalej.

Tym razem tylko 50 km i jesteśmy w Honfleur małe miasteczko które rozrosło się kiedyś dzięki targu rybnemu a teraz rozwija się dzięki niezliczonej ilości restauracji i knajpek . Miasteczko naprawdę niewielkie ale mało gdzie znajdziemy tyle miejsc do spożycia różnego rodzaju potraw. Przede wszystkim frutti de mare za które zapłacimy od 10 euro za garnek (dosłownie) muli (małże) plus frytki  (nawet smaczne ale przy schabowym u mnie wymięka) Są też wielokrotnie droższe dania dla wielbicieli morskich i nie tylko specjałów.

Pora na pierwsze muzeum ale nie ostatnie poświęcone II wojnie światowej. Normandia to region który odegrał ważną rolę w całej historii np. to tu pojawili się 500 tyś lat temu przodkowie neandertalczyków , tam żyli bitni Normanowie , z stąd ruszył Wilhelm Zdobywca na podbój Anglii ale to piętno II wojny światowej odcisło się najbardziej . Ruszamy do  Memorial Museum w Caen.

W tym muzeum nacisk jest położony na przekaz a nie jak w większości na eksponatach, tych było niewiele . Za to multimedialny widok cierpień , nieszczęść , wzmocnione głosami huku bomb, terkotu karabinów , pikujących samolotów jest w stanie poruszyć każde serce a niewielka liczba starannie dobranych eksponatów wzmacnia te doznania. Obowiązkowa lekcja dla przybywających do Europy azylantów ale też skrajnych polityków . Cena to 19 euro plus audio guide 5 euro ,niestety bez języka polskiego . Dlaczego lekcje historii wyceniono tak drogo?

Zachód słońca oznacza że kolejny dzień był za krótki za to wschód oznacza kolejne kilometry ;-))

Dość ciekawie wygląda na polach campingowych. Często jedynym językiem którym chcą się posługiwać Francuzi to ich język co nie raz komplikuje sytuację . Parokrotna próba wykorzystania tłumacza w telefonie budowała jeszcze większe problemy. Najlepszym sposobem to chyba mowa ciała która zawsze okazywała się kluczem do zrozumienia a nieraz do rozluźnienia atmosfery. ;-))

Powoli zbliżamy się do naszego celu ”numer jeden ” o nazwie D-Day

Lądowanie aliantów na plażach Normandii to temat niejednego filmu dokumentalnego czy wojennego , można też bez problemu znaleźć informacje w necie . Tutaj moja wyobraźnia trochę kuleje bo widok przepięknej plaży

nijak się ma do dramatycznego lądowania aliantów. Ale za to „amerykański” cmentarz to lekcja pokory . Collevile-sur-Mer czyli prawie 9400 krzyży amerykańskich żołnierzy poległych w bitwie o Normandię.

Grandcamp-Maisy to miejscowość niedaleko Pointe du Hoc . Mały skalisty półwysep gdzie skierowano duże uderzenie lotnicze oraz desantowe . Co ciekawe to miejsce pozostawiono naturze i tak możemy zobaczyć oryginalne uszkodzone bunkry czy leje po bombach oraz pomnik upamiętniający desant.

Pointe du Hoc .Pomnik poświęcony komandosom zdobywającym klify przy pomocy haków . Niestety pozostałości po nalocie to kilka uszkodzonych bunkrów i leje powoli zlewające się w pofałdowaną łąkę . Atrakcja jest za darmo a niedaleko są dostępne liczne darmowe parkingi.

Klify po których wspinali się komandosi.

W czasie podróży mieliśmy do dyspozycji rowery ale powiem szczerze że ogólnie nie za wiele było rowerówek do których jestem przyzwyczajony a nawet brak zwyczajnych poboczy powodował że nie czuliśmy się pewnie . Drogi we Francji są w dobrym stanie z licznymi drogami z prędkością dozwoloną dla terenu niezabudowanego i szybko pędzące samochody za plecami psuły całą atrakcję . W miastach może i się buduje infrastrukturę rowerową ale na odludziach raczej mało . W samych małych miejscowościach było ok czy też w pobliżu atrakcji ale dość często jednak brakuje bezpiecznych dróg. Zdarzyło nam się raz że na naszej drodze na sporym odcinku rozgrywano jakieś zawody rowerowe. Musiały być niskiej rangi bo ruch samochodowy po prostu nie był na ten czas wstrzymany i jazda samochodem a szczególnie wyprzedzanie grup rowerowych było dość ciekawym przeżyciem dla nas , co jednak samych zawodników na pewno nie cieszyło.

Cherrueix to kolejne miejsce na nocleg. Camping dość ciekawie zaprojektowany, niedrogi i przytulny. Niedaleko znajduje się cel o którym mogę powiedzieć że naprawdę nas zaskoczył i liczę że kiedyś jeszcze raz tam się wybierzemy na więcej niż jeden dzień. Jedziemy na camping w Cherrueix ze względu na bliskość morza

… w teorii . W praktyce po odpływie  została niekończąca się  plaża . Zresztą po przypływie głębokość i tak nie powalała.

Rano podekscytowani ruszamy do Le Mont St.Michael. Wyspa,  twierdza , miasto wszystko w jednym. Sama budowla wręcz ścina z nóg a do tego jeszcze krajobraz. Zmienny przez przypływy i odpływy oraz pory roku. Coś niesamowitego. Nasze zdjęcia są po odpływie ale zobaczcie w internecie jeszcze inne. Warto! To dlatego chcemy tam wpaść na parę dni , może o innej porze roku. Sama historia tego miejsca wydaje się tajemniczego , mistycznego i położonego w ukryciu na końcu Europy nie jest jednak aż tak bardzo interesująca. Jedynie krótka legenda niesie że podczas budowy doszło do rzekomych cudów – poranna rosa wyznaczyła zarys fundamentów, skradziona krowa ukazała się nagle tam gdzie powinien lec pierwszy złom granitu, trzymane na rękach niemowlę odsunęło stopami głaz zagradzający drogę oraz ukazanie się św. Michała który wskazał źródło słodkiej wody. Zresztą ten sam święty nakazał wybudować wcześniej kościół ⛪ na skale przy okazji wypalając dziurę w głowie biskupowi Avaranches znanego później św. Aubertem . Dlaczego tak niesamowite miejsce przez lata historii nie odegrało praktycznie żadnej roli. No właśnie . A Świętego Grala czy Arki Noego jak nie znaleziono tak nie znaleziono.

To tylko ok 20 km Spacerem raczej ciężko , może następnym razem.

. Nie warto się pokuszać się o opis . Nic nie oddaje tego miejsca ani słowo ani zdjęcia . Tam trzeba być.

w srodku twierdzy znajdziecie wszystko

Widok z zamku może być np. taki.

Następnego dnia śniadanie na plaży w Cancale .Jemy ostrygi prosto z morza . Na surowo z cytrynką.

Plantacja ostryg

smakują cacy tylko ta pogoda. Nasyceni kwasami omega ruszamy do St. Malo. I znowu piękne miasto a czasu mało.  Liczne wysepki często niezamieszkane podobno były wykorzystywane jako kryjówki piratów , co widać dość dobrze się sprzedaje we współczesnym świecie . Wystrój , animatorzy poprzebierani za piratów ubarwiają to i tak piękne miejsce.

Czas niestety nie ma litości. Nasz wyjazd powoli zmierza ku końcowi . Jeszcze tylko za namową koleżanki wpadamy na plażę koło Cléder

 

tylko czemu Atlantyk jest tak przeraźliwie zimny  . Wiem, to dopiero maj ale widok naprawdę zachęcał do kąpieli .

i rozpoczynamy powrót . Oczywiście parę atrakcji w drodze powrotnej też zaplanowaliśmy a i po drodze często można się zatrzymać i zrobić jakąś ciekawą fotkę

Die Côte de Granit Rose to miejsce które ma ponad 300 milionów lat . Ha Ha może nie od razu powstało w takiej formie ale skały właśnie pochodzą z tamtych okresów ( Karbon ) i nadały dość rzadki kolor całemu wybrzeżu . Tam właśnie jedyny raz spotkaliśmy się zapełnionymi campingami . Może to splot dwóch rzeczy a więc weekendu majowego i pięknej pogody, ale powiem że miejsce super na piękną pogodę. Znajdujemy jeszcze wolne miejsca (koło godziny15 a już 16 powieszono tablicę o braku miejsc) na campingu w Tragastel w samym sercu Cote deGranit Rose i ruszmy drużką prosto prowadząca do wybrzeża różowego granitu który podobno występuje jedynie w trzech miejscach na ziemi.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                         

Francuska bohaterka narodowa która poprowadziła armię francuską do kilku ważnych zwycięstw , twierdząc, że działa na rozkazy samego Boga , kanonizowana w 1920 roku święta , bardziej znana jako Dziewica Orleańska , jednak najpierw osądzona przez sąd kościelny i spalona na stosie w wieku 19 lat właśnie w Roen.

 Piękna katedra Notre Dame  i złoty zegar który  odmierza czas do kolejnego wyjazdu. Pozdrawiamy

Dodaj komentarz